niedziela, 26 maja 2013

Rozdział 2.

    Pogoda za oknem nie nastrajała optymistycznie. Pomimo że był maj, z nieba padały ciężkie krople zimnego deszczu. Najmniejsze nawet promyki słońca nie miały szans przebić się przez gęste chmury.
    Julia Wesołowska siedziała na kanapie w salonie, a płomyki radośnie skakały po drwach w kominku. Nawet nie zauważyła, że wystygła jej kawa, którą od godziny trzymała w dłoni. Był czwartek; zwykle o tej porze miała pacjentów. Dziś wszystkich odwołała. Sama dla siebie była pacjentem. Tak wiele wydarzyło się przez ostatnie dwa dni. Musiała pozbierać myśli, żeby móc normalnie funkcjonować. Babcia w szpitalu, chłopak o TYCH oczach... No i ten list. Jeszcze w poniedziałek dałaby się pokroić za to, że zapomniała i że umie żyć normalnie. Oddychać, kochać, śmiać się. Całą swoją, zebraną w poprzednich latach, siłę życiową wkładała właśnie w odbudowanie na nowo w sobie tej pewności. Szło jej, delikatnie mówiąc, kiepsko. Znienacka w jej głowie pojawił się wielki neon: list. Próbowała zagłuszyć tę myśl, jednak ta wciąż była uparta. Bardziej niż Julia.
    Dziewczyna wstała z kanapy i, nadal trzymając w ręku kubek, skierowała się ku schodom. Masywne dębowe stopnie zaskrzypiały delikatnie. Było tak odkąd pamięta. Kiedyś ją to irytowało, ale z czasem nauczyła się nie zwracać na to uwagi. Jej torebka leżała na stoliku zaraz przy schodach. Czerwony, puchaty dywan delikatnie łaskotał jej bose stopy. Zawahała się. Nie była pewna czy jeszcze raz chce go czytać. Jednak jej ręka już sięgała w głąb torebki chwytając list. Rozłożyła go i zaczęła czytać siadając na podłodze. Kubek postawiła obok siebie.






* * *

    Wysoki blondyn stał na przeciw drzwi dziekanatu. Za chwilę miał się dowiedzieć czy dostanie szansę. Kolejną zresztą. Zapukał delikatnie.
    –  Proszę.  –   Usłyszał mocno zachrypnięty głos.
    –  Dzień dobry - powiedział chłopak, zamykając za sobą drzwi.
    –  Panie Jakubie - zaczął rzeczowo i bez ceregieli krępy mężczyzna w okularach siedzący za biurkiem.  –  Ma pan 7 dni na znalezienie stażu. W przeciwnym razie nie mamy o czym rozmawiać. Do widzenia  –  zakończył równie szybko jak zaczął. Co za cholerny pajac pomyślał dwudziestojedno latek wychodząc z gabinetu. Niemożliwym bowiem  było znalezienie stażu w tak krótkim czasie. Jedynym ratunkiem był jego ojciec.

    Kuba już po godzinie był w domu. Cała drogę rozmyślał, jak przekonać ojca, żeby mu pomógł. Kupił nawet jego ulubiony koniak, Hennessy X.O . Modlił się, żeby ta łapówka poskutkowała. Kosztowała go ponad 650 zł... Ale czego się nie robi dla ratowania własnego tyłka...?


* * *


    –  To na pewno jakaś pomyłka albo głupi żart  –  tłumaczyła sobie, nadal siedząc na podłodze. Starała się wywołać w sobie fazę wyparcia. Nie chciała, aby list okazał się prawdą. Nie może... Jej usilne próby przerwał dzwoniący telefon komórkowy. Wyjęła go z torebki odbierając od razu, nie spojrzawszy nawet, kto chce z nią rozmawiać.
    –  Halo?
    –  Dzień dobry. Mam do pani olbrzymią prośbę.
    Usłyszała głos w słuchawce aparatu. Szybko zorientowała się z kim rozmawia.
    –  Słucham  –  rzuciła.
    Wywód telefonującego potrawł dłuższą chwilę, a w odpowiedzi usłyszał:
    –  Nie ma sprawy! Zaraz się tym zajmę!
    W myślach dziękowała swojemu wybawcy. Nieświadomie pomógł jej. Żeby zapomnieć o problemach, choć na chwilę, potrzebowała jasno postanowionego zadania.  Odstawiała wtedy wszystko na boczy tor, co po osiągnięciu celu pomagało jej z dystansem spojrzeć na problem. A właśnie dostała jedno zadanie...


* * *


    –  Wybij to sobie synu z głowy. Jesteś dorosły. Radź sobie sam.
    Kuba nie wierzył własnym uszom. Zawsze mógł na niego liczyć. Do teraz. Z wrażenie aż oparł się o jedną z trzech białych sof stojących pośród ogromnego, jasnego salonu.
    Dom rodzinny chłopaka urządzony był nowocześnie, dodatki dobrane zgodnie z panującymi trendami, ale mimo wszystko tworzyło to przytulną całość. Dzięki oknom zajmującym całą długość i szerokość jednej ze ścian miało się wrażenie, że salon bezpośrednio łaczy się z pięknym ogrodem.

    Mężczyzna wyszedł na zewnątrz. Ruszył w stronę altanki stojącej pośród okazałych kasztanowców. Dzięki sąsiedztwu tych olbrzymów, domek był przyjemnym chłodnym miejscem w upalne dni. Kurczowo trzymał się nadziei, że syn wkroczy na dobrą drogę.

    Chłopak, z mętlikiem w głowie, usiadł przy jadalnianym stole i włączył laptopa. Ulubiony koniak taty nie przyniósł oczekiwanych efektów, dlatego też doskonale wiedział, że sam musi wziąć sprawy w swoje ręce. Spędził dwie godziny na szukaniu ogłoszeń potencjalnych pracodawców. Był świadom, że w rodzinnym mieście, z jednym gabinetem, ma znikome szanse, ale i tam wysyłał imejl z zapytaniem.
    Po dwóch kwadransach niecierpliwego oczekiwania otrzymał odpowiedź. Była pozytywna. Nie musiał już szukać i, co najważniejsze, mógł zostać z rodzicami. Gdyby sprawy przybrały inny obrót, na stałe musiałby przenieść się do Krakowa. A tego nie chciał.
    Na rozmowę miał stawić się nazajutrz.


* * *


    Julia czuła ulgę. Zadanie postawione przed nią ani nie należało do skomplikowanych, ani nie wymagało poświęcenia dużej ilości czasu. Jednak te kilka chwil spowodowało, że kobiecie rozjaśniło się w głowie. List uznała za żart. Postanowiła się go pozbyć i zapomnieć. Potrafiłaby.
    Drogę do domu umilały jej dźwięki wypływające z głośników dobrego car audio. Znowu pojawiła się maleńka iskierka nadziei na lepsze jutro. Auto zostawiła pod bramą. Chciała jeszcze jechać do babci. Zajrzała do skrzynki pocztowej.
    Kolejny list. Tym razem z sądu.



23:00, czwartek.

    Letarg, w jakim znajdowała się Wesołowska, przerwał dzwonek do drzwi. Nie miała ochoty otwierać. Dlaczego ktoś jej przeszkadza akurat teraz? W momencie gdy jej mały, osobisty świat zapadł się w sobie. Jakim prawem? Ten, który chciał ją z niego wyciągnąć, z uporem godnym osła, dobijał się do drzwi domu. Postanowiła otworzyć, zresztą i tak nie miała wyjścia. Zwlekła się z kanapy i powłóczywszy nogami przeszła do przedpokoju. Nacisnęła mosiężną klamkę.
    Zdziwił ją fakt, że na progu jej domu stał Robert Brzeziński.
    –  Dobry wieczór, pani Julio  –  przywitał się.  –  Przepraszam, że przychodzę tak późno. Widziałem panią przez okno, stąd to moje uporczywe walenie. Słyszałem o babci. Czy mogę wejść?
    –  Proszę.  –  kobieta przepuściła Brzezińskiego w drzwiach.  –  Napije się pan czegoś?
    –  Nie, dziękuję. Za to nie omieszkam na panią nakrzyczeć - odparł, kierując się na fotel w salonie. Stał nieopodal kanapy; bordowy, z ekologicznej skóry. Razem z kanapą, kominkiem, małym owalnym, hebanowym stoliczkiem, ciemnoczerwonym puchowym dywanem i biblioteczką usytuowaną obok paleniska, tworzył spójną całość.     Przebywając w tym salonie można było odnieść wrażenie, że świat się zatrzymał. Tu wszystko było łatwe i paradoksalne. Julia nadal stała przy drzwiach osłupiała szczerością lekarza.
    –  Pani Julio, dlaczego nie dowiedziałem się od pani, że babcia jest w szpitalu?! Gdybym wiedział wcześniej, już dawno pani Antosia byłaby przytomna. Proszę mi obiecać, że o następnym incydencie, odpukać, poinformuje mnie pani natychmiast!
    –  Oczywiście  –  odezwała się zażenowana całą sytuacją. Zapomniała, że ten człowiek jest taki wspaniały. Ostatni raz widzieli się 2 lata temu.
    –  No niechże pani zamknie te drzwi i usiądzie - zwrócił jej uwagę gość.  –  Widzę, w jakim pani jest stanie, ale mam dobre wieści. Pani Lipińska obudziła się. Jej stan jest stabilny. Pytała o ciebie, drogie dziecko.  –  Złapał roztrzęsioną Julię za rękę.  –  Właściwie nie powinienem był ci tego mówić, ale wiem, ile dla siebie znaczycie. Idź, weź prysznic, przebierz się, zawiozę cię do niej. W takim stanie nie możesz prowadzić.
     Julia spojrzała na niego z wdzięcznością. Babci nic nie jest. Z resztą sobie poradzi. Poza tym teraz ta cała reszta nie ma znaczenia. Spontanicznie pocałowała mężczyznę w policzek i pobiegła na piętro domu.


* * *
    Kuba stał przed drzwiami gabinetu. Był 2 minuty przed czasem. Chciał zrobić dobre wrażenie. Zapukał.

* * *

    –  Proszę.
    Drzwi otworzyły się. Stał w nich chłopak z TYMI oczami. Po ciele kobiety przebiegły dreszcze.

sobota, 25 maja 2013

Rozdział 1.

- Babciu wszystko dobrze - upierała się Julia z czułością patrząc na starszą kobietę. Była wszystkim co miała. Kochała ją pond wszystko. Bardzo przeżyła wiadomość o nowotworze. Diagnoza spadła na nią jak grom z jasnego nieba. Lekarze nie dawali jej szans na przeżycie. Obstawiali maksymalnie 3 miesiące. Jednak trafiła na cudownego lekarza - Roberta Brzezińskiego. Okazał się cudotwórcą. Niedawno minęły 4 lata od tej traumatycznej wiadomości. Babcia czuję się dobrze, choroba przestała dawać o sobie znaki..
- Nie okłamuj starej kobiety.
- Tylko nie starej! - zreflektowała się gwałtownie dziewczyna.
- Stara jestem i nic tego nie zmieni - mówiła ze spokojem babcia Antonina - Zamiast zmieniać temat lepiej powiedz co się dzieje.
Młoda kobieta opowiedziała o wydarzeniach, które rano miały miejsce.
- To był bardzo zły dzień - skwitowała - i jeszcze ten dziwny list. Nie zdążyłam go przeczytać, ale mam przeczucie, że nie powinnam tego robić.
- Kochanie rób to co uważasz za stosowne. Niezależnie od tego co się wydarzy zawsze jestem przy Tobie - babcia wstała i mocno przytuliła swoją jedyną i ukochaną wnuczkę.
Julka odwzajemniła mocny uścisk i wyszeptała jej do ucha
-Kocham Cię babciu.
- Ja Ciebie też - rzekła odsuwając się do niej zaglądając w głąb jej błękitnych oczu. Julka poczuła dreszcze na plecach. Zawsze tak było. Pani Lipińska miała coś magnetyzującego w spojrzeniu. Było takie mądre.
 - No już starczy tego tulenie bo zaraz będę płakać - powiedziała to i odsunęła się od wnuczki - Chyba pójdę się położyć. Jestem zmęczona po podróży. Dobranoc wnusiu. Porozmawiamy jutro - zakończyła wywód całusem w policzek Julki i poszła do swojej sypialni.

Dziewczyna została sama.

Chata była duża, jak na góralską przystało. Otaczały ją drewniane ściany. Uwielbiała ich strukturę i zapach.Specyficzny i jednocześnie charakterystyczny dla tego typu domów. Rozłożyła się na wielkiej bordowej, skórzanej kanapie. Idealnie komponowała się na przeciw ogromnego kominka. Chciała się odprężyć. Należało się jej to po tak ciężkim dniu. Wiedziała, że w tym miejscu uda się jej to idealnie. Zawsze tak było. Przez okno patrzył na nią Śpiący Rycerz. Jako dziecko wierzyła, że chroni ją od zła otaczającego ją świata. Teraz, gdy dorosła wiedziała, że tak nie jest, ale gdy kładła się na tej kanapie i patrzyła na niego znowu była tą małą, pełną wiary, dziewczynką. Gdzieś pomiędzy wspomnieniami z dzieciństwa a przypominaniem sobie książki, którą ostatnio przeczytała pojawiła się myśl o liście. Chciała ją wrzuć w czarny kąt swojego umysłu, ale ona była uparta. W końcu postanowiła otworzyć list.


                                                                    * * *

- Mam dość tego, że tak trwonisz ciężko zarobione pieniądze moje i mamy! - krzyczał wzburzony mężczyzna.
- Przecież obiecaliście mi, że będziecie mnie utrzymywać aż do momentu ukończenia studiów!
- Tak - tym razem odezwała się kobieta nad wyraz spokojnym głosem  - ale miałeś podany limit ile pieniędzy możesz wziąć miesięcznie z kąta. Zaufaliśmy Ci a Ty nas oszukiwałeś. Skończyły się dobre czasy dla Ciebie młodzieńcze. Musisz poszukać pracy i wyprowadzić się z domu do końca wakacji.
- Ale mamo!
- Nie weźmiesz nas na litość. Nie tym razem synu.
Małżeństwo wyszło zostawiając Kubę z gonitwą myśli w głowie, na  środku ogromnego salonu.


                                                                        * * *


Zegar wskazywał 3 rano. O 5.30 i tak musiałaby wstać, więc nie było sensu się kłaść. Szukała papierów adopcyjnych w całym domu. Nigdzie ich nie było. Mieszkała tu razem z rodzicami. Jeszcze przed wypadkiem. Jeśli informacje w liście są prawdą musiały przecież być na to jakieś dowody. Jedyne co udało jej się potwierdzić to owe zabójstwo, o którym wspomniał  nadawca. Nie wiedziała co o tym wszystkim myśleć. Już chciała zejść na dół do kuchni, gdy jakiś głos w głowie kazał się jej skierować do sypialni babci.
    Antonina Lipińska leżała w swoim wielkim łóżku. Na krokwiach porozwieszane były góralskie chusty i czerwone korale. Według niej każda kobieta powinna je nosić. Julia delikatnie otworzyła drzwi. Jej nozdrza uderzył zapach słodkich perfum babci. Rozchodził się po całym domu ale w jej sypialni czuć go było najmocniej. Cicho weszła do pokoju, spojrzała na babcię. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że wszystko jest dobrze. Jednak kierowana złym przeczuciem Julka nachyliła się nad śpiącą kobietą. Wyczuła zapach alkoholu. Serce jej zamarło, ale szybko oprzytomniała. Pobiegła po swój telefon i wystukała numer na pogotowie ratunkowe. Nie musiała długo czekać. Zakopane było małym miastem. Karetka zjawiła się po chwili.

- Pani babcia jest pijana, nie powinna pani była wzywać karetki - powiedział lekarz, gdy tylko zbliżył się do śpiącej babci- poniesie pani odpowiednie koszty za nieuzasadnione wezwanie pogotowia.
Kobieta patrzyła na lekarza z dziką furią w oczach. Jak on mógł powiedzieć, że jej babcia jest pijana!
Zaczęła krzyczeć:
- Do jasnej cholery! Co z pana za lekarz? Nie dość, że nie zapytał mnie pan co się właściwie stało to jeszcze zarzuca pan, że babcia jest pijana? Jebnij się człowieku w głowę! Ona ma 88 lat! Myślisz, że dałabym jej alkohol?? Jest cukrzykiem! Ratuj ją albo nie ręczę za siebie!
Mężczyzna w średnim wieku, ze szpakowatymi włosami patrzył na nią z niedowierzaniem. Gwałtowność i ekspresja z jaką wybuchła na niego ta kobieta wbiły go w ziemię. Jeszcze nikt nie podważył jego kompetencji. Chciał zareagaować, odpowiedzieć, ale nie potrafił. Nie był w stanie.
- Proszę się uspokoić - usłyszała za sobą męski głos - w trakcie gdy pani krzyczała na lekarza podaliśmy pani babci insulinę. Zapadła w śpiączkę hiperglikemiczną. Musimy ją zabrać do szpitala.
- Tak, oczywiście. Skąd wiedzieliście, że to cukrzyca typu 1? - zapytała Julka.
- Pani babcia ma opaskę na ręku informującą o tym - odparł sympatycznie młody sanitariusz.
- No tak.



Karetka odjechała na sygnale. Gdzie są te cholerne kluczyki?, myślała rozhisteryzowana. Biegała po całym domu jak oparzona. Musiała jak najszybciej znaleźć się w szpitalu. Są! Były na małym, okrągłym stoliczku przy wejściu do chaty. Zasłaniał je wazon, co dzień wypełniony świeżymi kwitami. Rzuciła je niedbale gdy wróciła z popołudniowych zakupów.

W czasie jazdy do szpitala, która zajęła jej 5 minut, zastanawiała się jak to możliwe, że jej zawsze rozsądna i poukładana babcia zapomniała przyjąć insuliny. Już pod szpitalem doszła do wniosku, że zapewne była to wina podróży jaką odbyła. Wracała z nad morza. Autobusem. Julia tłumaczyła jej, że taka podróż nie jest najlepszym pomysłem w takim wieku. Jednak ona upierała się, że chce nim wracać. Antonina uważała, że wystarczającym było, że wnuczka zawiozła ją nad morze. O wspólnym powrocie nie chciała nawet słyszeć. Julia długo próbowała ją przekonać, ale upór Lipnickiej nie ustępował a przybierał na sile. Teraz żałowała, że odpuściła. Winiła siebie za stan ukochanej osoby.

- Witam. Jestem wnuczką Antoniny Lipińskiej. Chciałabym rozmawiać z jej lekarzem prowadzącym.
- Dzień dobry - młoda pielęgniarka przywitała ją słabym uśmiechem - już proszę.


                                                                       * * *

"Seize the day..." rozległy się pierwsze słowa piosenki, ale Kuba już nie spał. Właściwie nie spał całą noc. Zastanawiał się jak wybrnąć z sytuacji w jakiej się znalazł. Nie chciał rozstawać się z tak ukochaną kartą do bankomatu. Musiał udowodnić rodzicom, że potrafi pracować. Pomydlić im oczy. Innej opcji nie brał pod uwagę. W momencie gdy zanucił sobie ciąg dalszy utworu znalazł rozwiązanie sytuacji. Spojrzał na zegarek - 7:30. Chwycił za telefon.

- Cześć stary. Słuchaj mam sprawę. Potrzebuję robotę na już! Najlepiej żebym jeszcze dzisiaj miał umowę podpisaną.
- Wpadnij do mojego biura za pół godziny, coś poradzimy - odparł głos w słuchawce.
- W takim razie do zobaczenia!
Rzucił telefon na łóżko i pobiegł pod prysznic. Miał niewiele czasu.
Chwilę później już siedział w swoim Audi A8 i pędził ku firmie kurierskiej swojego kolegi. Dziękował Bogu, że zawsze obracał się w towarzystwie starszych znajomych. Dzięki nim wychodził z każdej opresji bez szwanku. Tym razem też miało tak być.
Na miejsce przybył punktualnie.
- Siema! - krzyknął od progu wysoki, dobrze zbudowany 30 latek o czarnych włosach i brązowych oczach. - Siadaj i opowiadaj!
- Starzy kazali mi się wyprowadzić z domu do końca wakacji. Muszę też znaleźć pracę. Dowiedzieli się o mojej wizycie w burdelu. Kaszana.... - zamyślił się lecz po chwili kontynuował - Jeśli zobaczą, że zależy mi na odzyskaniu ich zaufania oddadzą mi kartę do bankomatu. Rozumiesz? - upewnił się.
Rozmówca skinął delikatnie głową na potwierdzenie.
- Najlepiej jakbym dzisiaj już miał umowę.
- No to robi się! - klasnął w dłonie kumpel Kuby - od jutra jesteś kurierem. Może i praca nie najwyższych lotów, ale widzę że jesteś zdeterminowany a te chwilę nic innego nie mam.
- Ratujesz mi tyłek! Jestem Twoim dłużnikiem.

                                                                 * * *

Julia siedziała przy łóżku babci. Nie było z nią dobrze. Lekarze i tym razem nie dawali jej większych szans na prze życie. Płakała, bardzo mocno płakała. Nie miała nikogo bliskiego do kogo mogła się z tym zwrócić. Wiedziała jednak, że musi się pozbierać. Nieskrępowaną ciszę szpitalnej sali przerwał dźwięk wychodzący z jej torebki. Sięgnęła po telefon. Na ekranie pojawiło się przypomnienie o paczce, która miała dzisiaj przyjść do jej biura. Nie było to nic pilnego, ale postanowiła po nią pojechać.Musiała choć na chwilę opuścić mury szpitala. Inaczej do końca by się złamała. Z wcześniejszych ustaleń ze sprzedawcą kurier miał pojawić się w jej gabinecie za godzinę. Spojrzała w lusterko wiszące nad umywalką. Podjęła natychmiatową decyzję o wstąpieniu do domu i doprowadzeniu się do ładu. Znowu wyglądała jak sto nieszczęść. Godzina to przecież  dużo czasu.

Siedziała za wielkim dębowym biurkiem. Kiedyś stało w jej pokoju, gdy była jeszcze studentką. Prezent od ukochanej babci. Teraz stało w jej gabinecie. Spełniła swoje marzenie o prywatnej praktyce psychologicznej. Przewracała papiery.
- Dzień dobry. Mam paczkę dla pani.
Spojrzała znad dokumentów. Przez całe ciało przeszły ją ciarki, a ona nie mogła wydusić z siebie słowa. Znowu te oczy... Ale to niemożliwe.


piątek, 24 maja 2013

Prolog

- Cholerna taksówka! - zaklęła pod nosem dziewczyna. Sekundę wcześniej kierowca auta wjechał z impetem w kałużę, ochlapując przy tym błotem rozdrażnioną już Julię. Musiała wstać o 5.30, czego z całego serca nienawidziła. Od samego momentu otwarcia oczu nic nie szło po jej myśli. Spadła ze schodów, gdy schodziła zrobić sobie poranną kawę, zalała ważne dokumenty aromatycznym napojem, przypaliła koszulę podczas prasowania i znalazła ulubioną parę szpilek ze znaczącym odciskiem zębów szczeniaka. W czasie drogi do pracy złapała ją nagła ulewa. Nic nie wskazywało na to, że takowa w ogóle się pojawi. Jej biuro mieściło się raptem 3 ulice dalej od miejsca zamieszkania. Lubiła te poranne spacery. Ułatwiały jej koncentrowanie się na zadaniach zaplanowanych na cały dzień. A teraz jeszcze, dzięki brawurowej jeździe starego taksówkarza, miała błotną mozaikę na białym płaszczu. Niech ten dzień się już skończy, zdążyła pomyśleć zanim nagle poczuła przeszywający ból ramienia. Straciła równowagę i upadła na chodnik.




 * * *

          Nie zwracał uwagi na otoczenie. Właściwie nie musiał się nigdzie śpieszyć. Jechał szybko, żeby wyładować emocje. Nie chciał robić tego przy najbliższych. Wiedział doskonale, że to pogorszyłoby sprawę jeszcze bardziej. Odkąd  pamięta to rower był jego najlepszym przyjacielem. Ukochana zabawka z dzieciństwa przekształciła się w jego prywatną, poruszającą się świątynię. Podczas jazdy relaksował się, zbierał myśli, rozwiązywał problemy, podejmował decyzje. Zwykle jeździł ostrożnie.
    Dlaczego zrobiła właśnie tak?, zastanawiał się nad postępowaniem swojej ówczesnej dziewczyny, do której, ku zdumieniu wszystkich coś czuł. W swoim otoczeniu słyną z przedmiotowego traktowanie kobiet, a pomimo tego, dzięki swojemu urokowi zawsze otaczał się kilkoma przedstawicielkami płci pięknej. Rozmyślania przerwał mu upadek. Szybko oprzytomniawszy rozejrzał się, aby sprawdzić czy tylko on uległ bliskiemu spotkaniu z chodnikiem.




* * *



        Przemoczona, brudny płaszcz, rozmazany makijaż, połamany obcas. Wyglądała jak sto nieszczęść. Z poziomu płyty chodnikowej rozejrzała się za częściowym sprawcą jej aktualnego stanu. Uznała jednak, że w tej pozycji, poza butami przechodniów, niewiele zobaczy. Zaczęła się podnosić. Pod ramieniem poczuła czyjąś dłoń. Chciała oponować, jednak straciła równowagę. Oparła swój ciężar ciała na mężczyźnie, który stał na nią.
- Nic się pani nie stało? - usłyszała za sobą głęboki, zachrypnięty głos.
- Biorąc pod uwagę, że to dopiero początek dnia, nie. Nic mi nie jest - odparła jednocześnie odsuwając się od wybawcy.
- Optymistka z pani. Może mógłby jakoś zrekompensować ten nieszczęsny upadek?
Już chciała nawrzeszczeć na niego za nieostrożną jazdę, ale spojrzała mu w oczy.
- Wystarczy, że będzie pan następnym razem uważał. Muszę już iść. Do widzenia.
Ruszyła szybko w kierunku domu. Nie mogła pojawić się w takim stroju w pracy. Po za tym za bardzo była rozemocjonowana. To nie może być on, przecież to nie możliwe. Ale przecież są do siebie tak bardzo podobni.